O
roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju!
Ciebie
lud zowie dotąd rokiem urodzaju,
A
żołnierz rokiem wojny; dotąd lubią starzy
O
tobie bajać, dotąd pieśń o tobie marzy.
Z
dawna byłeś niebieskim oznajmiony cudem
I
poprzedzony głuchą wieścią między ludem;
Ogarnęło
Litwinów serca z wiosny słońcem
Jakieś
dziwne przeczucie, jak przed świata końcem,
Jakieś
oczekiwanie tęskne i radośne.
Kiedy
pierwszy raz bydło wygnano na wiosnę,
Uważano,
że chociaż zgłodniałe i chude,
Nie
biegło na ruń, co już umaiła grudę,
Lecz
kładło się na rolę i schyliwszy głowy,
Ryczało
albo żuło swój pokarm zimowy.
I
wieśniacy ciągnący na jarzynę pługi
Nie
cieszą się, jak zwykle, z końca zimy długiéj,
Nie
śpiewają piosenek, pracują leniwo,
Jakby
nie pamiętali na zasiew i żniwo.
Co
krok wstrzymują woły i podjezdki w bronie
I poglądają z trwogą ku zachodniej stronie,
Jakby
z tej strony miał się objawić cud jaki,
I
uważają z trwogą wracające ptaki.
Bo
już bocian przyleciał do rodzinnej sosny
I
rozpiął skrzydła białe, wczesny sztandar wiosny;
A za
nim, krzykliwemi nadciągnąwszy pułki,
Gromadziły
się ponad wodami jaskułki
I z
ziemi zmarzłej brały błoto na swe domki.
W
wieczór słychać w zaroślach szept ciągnącej słomki,
I
stada dzikich gęsi szumią ponad lasem,
I
znużone na popas spadają z hałasem,
A w
głębi ciemnej nieba wciąż jęczą żurawie.
Słysząc
to nocni stróże pytają w obawie,
Skąd
w królestwie skrzydlatem tyle zamieszania,
Jaka
burza te ptaki tak wcześnie wygania.
Aż
oto nowe stada, jakby gilów, siewek
I
szpaków, stada jasnych kit i chorągiewek
Zajaśniały
na wzgórkach, spadają na błonie:
Konnica!
dziwne stroje, niewidziane bronie,
Półk za półkiem,
a środkiem, jak stopione śniegi,
Płyną
drogami kute żelazem szeregi;
Z
lasów czernią się czapki, rzęd bagnetów błyska,
Roją
się niezliczone piechoty mrowiska.
Wszyscy
na północ! Rzekłbyś, że wonczas z wyraju
Za ptastwem i lud ruszył do naszego kraju,
Pędzony
niepojętą, instynktową mocą.
Konie,
ludzie, armaty, orły dniem i nocą
Płyną;
na niebie górą tu i ówdzie łuny,
Ziemia
drży, słychać, biją stronami pioruny. -
Wojna!
wojna! Nie było w Litwie kąta ziemi,
Gdzie
by jej huk nie doszedł; pomiędzy ciemnemi
Puszczami
chłop, którego dziady i rodzice
Pomarli
nie wyjrzawszy za lasu granice,
Który
innych na niebie nie rozumiał krzyków
Prócz
wichrów, a na ziemi prócz bestyi ryków,
Gości
innych nie widział oprócz spółleśników -
Teraz
widzi: na niebie dziwna łuna pała,
W
puszczy łoskot, to kula od jakiegoś działa,
Zbłądziwszy
z pola bitwy, dróg w lesie szukała,
Rwąc
pnie, siekąc gałęzie. Żubr, brodacz sędziwy,
Zadrżał
we mchu, najeżył długie włosy grzywy,
Wstaje
na wpół, na przednich nogach się opiera
I
potrząsając brodą, zdziwiony spoziera
Na
błyskające nagle między łomem zgliszcze:
Był
to zbłąkany granat, kręci się, wre, świszcze,
Pękł
z hukiem jakby piorun; żubr pierwszy raz w życiu
Zląkł
się i uciekł w głębszem schować się ukryciu.
Bitwa!
gdzie? w której stronie? - pytają młodzieńce,
Chwytają
broń; kobiety wznoszą w niebo ręce;
Wszyscy,
pewni zwycięstwa, wołają ze łzami:
"Bóg
jest z Napoleonem, Napoleon z nami!"
O
wiosno! kto cię widział wtenczas w naszym kraju,
Pamiętna
wiosno wojny, wiosno urodzaju!
O
wiosno! kto cię widział, jak byłaś kwitnąca
Zbożami
i trawami, a ludźmi błyszcząca,
Obfita
we zdarzenia, nadzieją brzemienna!
Ja
ciebie dotąd widzę, piękna maro senna!
Urodzony
w niewoli, okuty w powiciu,
Ja
tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu.
Soplicowo leżało tuż przy wielkiej drodze,
Którą
od strony Niemna ciągnęli dwaj wodze:
Nasz
Książę Józef i król westfalski Hieronim.
Już
zajęli część Litwy od Grodna po Słonim,
Gdy
król rozkazał wojsku dać trzy dni wytchnienia.
Ale
polscy żołnierze mimo utrudzenia
Skarżyli
się, że król im marszu nie dozwala;
Tak
radzi by co prędzej doścignąć Moskala.
W
mieście pobliskim stanął główny sztab książęcy,
A w
Soplicowie oboz czterdziestu tysięcy
I ze
sztabami swemi jenerał Dąbrowski,
Kniaziewicz, Małachowski, Giedrojć i Grabowski.
Późno
było, gdy weszli; więc każdy, gdzie może,
Zabierają
kwatery w zamczysku, we dworze;
Skoro
dano rozkazy, rozstawiono czaty,
Każdy
strudzony poszedł spać do swej komnaty.
Z
nocą wszystko ucichło: oboz, dwór i pole;
Widać
tylko, jak cienie, błądzące patrole
I
gdzieniegdzie błyskania ognisk obozowych,
Słychać
kolejne hasła stanowisk wojskowych.
Spali:
gospodarz domu, wodze i żołnierze;
Oczu
tylko Wojskiego sen słodki nie bierze ;
Bo
Wojski ma na jutro biesiadę wyprawić,
Którą
chce dom Sopliców na wiek wieków wsławić:
Biesiadę
godną miłych sercom polskim gości
I
odpowiednią wielkiej dnia uroczystości,
Co
jest świętem kościelnem i świętem rodziny;
Jutro
odbyć się mają trzech par zaręczyny,
Zaś
jenerał Dąbrowski oświadczył z wieczora,
Że
chce mieć obiad polski.
Choć
spóźniona pora,
Wojski
zebrał co prędzej z sąsiedztwa kucharzy;
Pięciu
ich było; służą, on sam gospodarzy.
Jako
kuchmistrz białym się fartuchem opasał,
Wdział
szlafmycę, a ręce do łokciów
zakasał;
W
ręku ma plackę muszą, owad lada
jaki
Odpędza
wpadający chciwie na przysmaki;
Drugą
ręką przetarte okulary włożył,
Dobył
z zanadrza księgę, odwinął, otworzył.
Księga
ta miała tytuł: Kucharz doskonały.
W
niej spisane dokładnie wszystkie specyjały
Stołów
polskich; podług niej Hrabia na Tęczynie
Dawał
owe biesiady we włoskiej krainie,
Którym
się Ojciec Święty Urban Ósmy dziwił;
Podług
niej później Karol Kochanku-Radziwiłł,
Gdy
przyjmował w Nieświżu króla Stanisława,
Sprawił
pamiętną ową ucztę, której sława
Dotąd
żyje na Litwie we gminnej powieści.
Co
Wojski wyczytawszy pojmie i obwieści,
To
natychmiast kucharze robią umiejętni.
Wre
robota, pięćdziesiąt nożów w stoły tętni,
Zwijają
się kuchciki czarne jak szatany:
Ci
niosą drwa, ci z mlekiem i z winem sagany,
Leją
w kotły, skowrody, w rądle,
dym wybucha;
Dwóch
kuchcików przy piecu siedzi, w mieszki dmucha.
Wojski,
ażeby ogień tem łacniej rozpalać,
Rozkazał
stopionego masła na drwa nalać
(Zbytek
ten dozwolony jest w dostatnim domu).
Kuchciki
sypią w ogień suche pęki łomu.
Inni
na rożny sadzą ogromne pieczenie
Wołowe, sarnie, cąbry
dzicze i jelenie;
Ci
skubią stosy ptastwa; lecą puchów chmury,
Obnażają
się głuszce, cietrzewie i kury.
Lecz
kur niewiele było; od owej wyprawy,
Którą
w czasie zajazdu Dobrzyński Sak krwawy
Zrobił
na kurnik, kędy Zosi gospodarstwo
Zniszczył,
nie zostawiwszy sztuki na lekarstwo -
Jeszcze
nie mogło ptastwem zakwitnąć na nowo
Sławne
niegdyś ze drobiu swego Soplicowo.
Zresztą
zaś mięs wszelkich był wielki dostatek,
Co
się zgromadzić dało i z domu, i z jatek,
I z
lasów, i z sąsiedztwa, z bliska i z daleka:
Rzekłbyś,
ptasiego tylko niedostaje mleka.
Dwie
rzeczy, których hojny pan uczty szuka,
Łączą
się w Soplicowie: dostatek i sztuka.
Już
wschodził uroczysty
dzień N a j ś w i ę t s z e j P a n n y
K w i
e t n e j. Pogoda była prześliczna, czas ranny,
Niebo
czyste, wokoło ziemi obciągnięte,
Jako
morze wiszące, ciche, wklęsło-wgięte;
Kilka
gwiazd świeci z głębi, jako perły ze dna
Przez
fale; z boku chmurka biała, sama jedna,
Podlatuje
i skrzydła w błękicie zanurza,
Podobne
do niknących piór Anioła Stróża,
Który
nocną modlitwą ludzi przytrzymany
Spóźnił
się, śpieszy wracać między spółniebiany.
Już
ostatnie perły gwiazd zamierzchły i na dnie
Niebios
zgasły, i niebo środkiem czoła bladnie,
Prawą
skronią złożone na wezgłowiu cieni,
Jeszcze
smagławe, lewą coraz się rumieni;
A
dalej okrąg, jakby powieka szeroka,
Rozsuwa
się i w środku widać białek oka,
Widać
tęczę, źrenicę - już promień wytrysnął,
Po
okrągłych niebiosach wygięty przebłysnął
I w
białej chmurce jako złoty grot zawisnął.
Na
ten strzał, na dnia hasło, pęk ogniów wylata,
Tysiąc
rac krzyżuje się po okręgu świata,
A oko
słońca weszło. Jeszcze nieco senne
Przymruża
się, drżąc wstrząsa swe rzęsy promienne,
Siedmią barw błyszczy razem: szafirowe razem,
Razem
krwawi się w rubin i żółknie topazem,
Aż
rozlśniło się jako kryształ przezroczyste,
Potem
jak brylant światłe, na koniec ogniste,
Jak
księżyc wielkie, jako gwiazda migające:
Tak
po nieźmiernem niebie szło samotne słońce.
Dziś
pospólstwo litewskie z całej okolicy
Zebrało
się przed wschodem wokoło kaplicy,
Jak
gdyby na nowego ogłoszenie cudu.
Zbiór
ten pochodził w części z pobożności ludu,
A w
części z ciekawości: bo dziś w Soplicowie
Na
nabożeństwie mają być jenerałowie,
Sławni
dowódcy owi naszych legijonów,
Których
lud znał imiona i czcił jak patronów,
Których
wszystkie tułactwa, wyprawy i bitwy
Były ewangeliją narodową Litwy.
Już
przyszło oficerów kilku, tłum żołnierzy;
Lud
ich otacza, patrzy, ledwie oczom wierzy,
Oglądając
rodaków mundury noszących,
Zbrojnych,
wolnych i polskim językiem mówiących.
Wyszła
msza. Nie obejmie świątynia maleńka
Całego
zgromadzenia; lud na trawie klęka,
Patrząc
we drzwi kaplicy, odkrywają głowy:
Włos
litewskiego ludu, biały albo płowy,
Pozłacał
się jako łan dojrzałego żyta;
Gdzieniegdzie
kraśna główka dziewicza wykwita,
Ubrana
w świeże kwiaty albo w pawie oczy
I
wstęgi rozplecione, ozdoby warkoczy,
Śród głów męskich, jak w zbożu bławat i kąkole.
Klęczący
różnobarwny tłum okrywa pole,
A na
głos dzwonka, niby na wiatru powianie,
Chylą
się wszystkie głowy jak kłosy na łanie.
Wieśniaczki
dziś na ołtarz Matki Zbawiciela
Niosą
pierwszy dar wiosny, świeże snopki ziela;
Wszystko
wkoło ubrane w bukiety i w wianki:
Ołtarz,
obraz, a nawet dzwonnica i ganki.
Czasem
poranny wietrzyk, gdy ze wschodu wionie,
Zrywa
wianki i rzuca na klęczących skronie,
I
rozlewa jak z mszalnej kadzielnicy wonie.
A gdy
w kościele było po mszy i kazaniu,
Wyszedł
przewodniczący całemu zebraniu
Podkomorzy,
niedawno przez powiatu stany
Zgodnie
konfederackim marszałkiem obrany.
Miał
mundur województwa: żupan złotem szyty,
Kontusz
gredyturowy z frędzlą i pas lity,
Przy
którym karabela z głownią jaszczurową;
Na
szyi świecił wielką szpinką brylantową;
Konfederatka
biała, a na niej pęk gruby
Drogich
piórek; były to białych czapel czuby
(Na fest kładnie się tylko
kitka tak bogata,
Której
każde pióreczko kosztuje dukata).
Tak
ubrany, na wzgórek wstąpił przed kościołem,
Wieśniacy
i żołnierstwo ścisnęło się kołem.
On rzekł :
"Bracia!
Ogłosił wam ksiądz na ambonie
Wolność,
którą Cesarz-Król przywrócił Koronie,
A
teraz Litewskiemu Księstwu, Polszcze całéj
Przywraca;
słyszeliście rządowe uchwały
I
zwołujące walny sejm uniwersały.
Ja
tylko mam słów parę przemówić do gminy
W
rzeczy, która się tycze Sopliców rodziny,
Tutejszych
panów.
Cała
pomni okolica,
Co tu
zbroił nieboszczyk - pan Jacek Soplica;
Ale
kiedy o grzechach jego wszyscy wiecie,
Czas
i zasługi jego ogłosić na świecie:
Obecni
tu są naszych wojsk jenerałowie,
Od
których usłyszałem wszystko, co wam mowię.
Ten
Jacek nie był umarł (jak głoszono) w Rzymie,
Tylko
odmienił życie dawne, stan i imię;
A
wszystkie przeciw Bogu i Ojczyźnie winy
Zgładził
przez żywot święty i przez wielkie czyny.
On to
pod Hohenlinden, gdy Ryszpans jenerał
Na
pół pobity już się do odwrotu zbierał,
Nie
wiedząc, że Kniaziewicz ciągnie ku odsieczy,
On to
Jacek, zwan Robak, śród grotów i mieczy
Przeniosł od Kniaziewicza
listy Ryszpansowi,
Donoszące,
że nasi biorą tył wrogowi.
On
potem w Hiszpaniji, gdy nasze ułany
Zdobyły
Samosiery grzbiet oszańcowany,
Obok
Kozietulskiego był ranny dwa razy!
Następnie,
jak wysłaniec, z tajnemi rozkazy
Biegał
po różnych stronach ducha ludzi badać,
Towarzystwa
tajemne wiązać i zakładać;
Na
koniec w Soplicowie, w swem ojczystym gnieździe,
Gdy
gotował powstanie, zginął na zajeździe.
Właśnie
o jego śmierci nadeszła wiadomość
Do Warszawy
w tę chwilę, gdy Cesarz Jegomość
Raczył mu dać za dawne czyny bohaterskie
Legiji Honorowej znaki kawalerskie.
Owoż te wszystkie rzeczy mając na uwadze,
Ja,
reprezentujący województwa władzę,
Moją
konfederacką ogłaszam wam laską:
Że
Jacek wierną służbą i cesarską łaską
Zniósł
infamiji plamę, powraca do cześci
I
znowu się w rzęd prawych patryjotów
mieści;
Więc
kto będzie śmiał Jacka zmarłego rodzinie
Wspomnieć kiedy o dawnej, zagładzonej winie,
Ten
podpadnie za karę takiego wyrzutu
Gravis notae maculae, wedle słów Statutu
Karzących
tak militem, jak i skartabela,
Co by
siał infamiją na obywatela;
A że
teraz jest równość, więc artykuł trzeci
Obowiązuje
równie i mieszczan, i kmieci.
Ten
wyrok marszałkowski pan pisarz umieści
W
aktach jeneralności, a woźny obwieści.
Co
się tycze Legiji Honorowej krzyża,
Że
późno przyszedł, nic to sławie nie ubliża;
Jeśli
Jackowi nie mógł służyć ku ozdobie,
Niech
służy ku pamiątce, wieszam go na grobie.
Trzy
dni tu będzie wisiał, potem do kaplicy
Złoży
się jako wotum dla Boga Rodzicy".
To
powiedziawszy, order wydobył z pokrowca
I
zawiesił na skromnym krzyżyku grobowca
Uwiązaną
w kokardę wstążeczkę czerwoną
I
krzyż biały gwiaździsty ze złotą koroną;
Przeciw
słońcu promienie gwiazdy zajaśniały
Jako
ostatni odbłysk ziemskiej Jacka chwały.
Tymczasem
lud na klęczkach Anioł Pański mowi,
Upraszając
o wieczny pokój grzesznikowi;
Sędzia
obchodzi gości i wiejską gromadę,
Wszystkich
do Soplicowa wzywa na biesiadę.
Ale
na przyźbie domu usiedli dwaj starce,
Mając
u kolan pełne miodu dwa półgarce;
Patrzą
w sad, gdzie wśród pączków barwistego maku
Stał
ułan jak słonecznik w błyszczącym kołpaku
Strojnym
blachą złocistą i piórem koguta;
Przy
nim dziewczę, w zielonej sukience jak ruta
Pozioma,
wznosi oczki błękitne jak bratki
Ku
oczom chłopca; dalej panny rwały kwiatki
Po
ogrodzie, umyślnie odwracając głowy
Od
kochanków, żeby im nie mięszać rozmowy.
Ale
starce miód piją, tabakierką z kory
Częstując
się nawzajem, toczą rozhowory.
"Tak,
tak, mój Protazeńku" - rzekł klucznik Gerwazy.
"Tak,
tak, mój Gerwazeńku" - rzekł woźny Protazy.
"Tak
to, tak!" - powtórzyli zgodnie kilka razy,
Kiwając
w takt głowami; wreszcie Woźny rzecze:
"Iż proces nasz skończy się dziwnie, ja
nie przeczę;
Wszakże
były przykłady; pamiętam procesy,
W
których się działy gorsze niż u nas ekscesy,
A
intercyza cały zakończyła kłopot:
Tak z
Borzdobohatymi pogodził się Łopot,
Krepsztulowie z Kupściami,
Putrament z Pikturną,
Z
Odyńcami Mackiewicz, z Kwileckimi Turno.
Co mówię! wszak Polacy miewali zamieszki
Z
Litwą gorsze niżeli z Soplicą Horeszki,
A gdy
na rozum wzięła królowa Jadwiga,
To
się bez sądów owa skończyła intryga.
Dobrze,
gdy strony mają panny albo wdowy
Na
wydaniu: to zawsze kompromis gotowy.
Najdłuższy
proces zwykle bywa z duchowieństwem
Katolickiem albo też z bliskiem
pokrewieństwem,
Bo
wtenczas sprawy skończyć nie można małżeństwem.
Stąd
to Lachy z Rusami w sporach nieskończonych,
Idąc
z Lecha i Rusa, dwu braci rodzonych;
Stąd
się tyle procesów litewskich ciągnęło
Długo
z księżmi Krzyżaki, aż wygrał Jagiełło.
Stąd
na koniec pendebat długo przed aktami
Sławny
ów proces Rymszów z dominikanami,
Aż
wygrał wreszcie syndyk klasztorny ksiądz Dymsza,
Skąd
jest przysłowie: Większy Pan Bóg niż pan Rymsza;
Ja
zaś dołożę: lepszy miód od Scyzoryka".
To
mówiąc, półgarcówką przepił do Klucznika.
"Prawda!
prawda! - rzekł na to Gerwazy
wzruszony. -
Dziwneć to były losy tej naszej Korony
I
naszej Litwy! wszak to jak małżonków dwoje!
Bóg
złączył, a czart dzieli, Bóg swoje, czart swoje!
Ach,
bracie Protazeńku! że to
oczy nasze
Widzą!
że znowu do nas ci Koronijasze
Zawitali!
Służyłem ja z nimi przed laty,
Pamiętam,
dzielne były z nich konfederaty!
Gdyby
nieboszczyk pan mój Stolnik dożył chwili!
O
Jacku! Jacku! - lecz cóż będziemy kwilili?
Skoro
dziś znowu Litwa łączy się z Koroną,
Toć tem samym już wszystko zgodzono, zgładzono".
"I
to dziw - rzekł Protazy - że o tej to Zosi,
O
której rękę teraz nasz Tadeusz prosi,
Było
przed rokiem omen, jakoby znak z nieba!"
"Panną
Zofiją - przerwał Klucznik - zwać ją trzeba,
Bo
już dorosła, nie jest dziewczyną maluczką,
Przy
tym z krwi dygnitarskiej, jest Stolnika wnuczką".
"Owoż - kończył Protazy - był to znak proroczy
O jej
losie, widziałem znak na własne oczy.
Przed
rokiem tu siedziała w święto czeladź nasza
Pijąc
miód, alić patrzym: pęc, pada z poddasza
Dwóch
wroblów bijących się, oba samcy
stare,
Jeden,
młodszy cokolwiek, miał podgarle szare,
Drugi
czarne; dalejże tłuc się po podwórzu,
Przewracać
kulki, że aż zaryli się w kurzu;
My patrzym, a tymczasem szepcą sobie sługi,
Że
ten czarny niech będzie Horeszko, a drugi
Soplica;
więc ilekroć szary był na górze,
Krzyczą:
<<Wiwat Soplica! pfe, Horeszki tchórze!>>
A gdy
spadał, wołali: <<Popraw się, Soplica!
Nie
daj się magnatowi, to wstyd na szlachcica!>>
Tak
śmiejąc się czekamy, kto kogo pokona;
Wtem
Zosieńka, nad ptastwem litością wzruszona,
Podbiegła
i nakryła rączką te rycerze;
Jeszcze
się w ręku bili, aż leciało pierze,
Taka
była zawziętość w tem maleńkiem
lichu.
Baby, patrząc na Zosię, gadały po cichu,
Że
pewnie przeznaczeniem będzie tej dziewczyny
Pogodzić
dwie od dawna zwaśnione rodziny.
A
widzę, że się dzisiaj ziścił omen babi.
Prawdać to, że naonczas myślano o Hrabi,
Nie
zaś o Tadeuszu".
Na to
Klucznik rzecze:
"Dziwne
są sprawy w świecie; kto wszystko dociecze!
Ja
też powiem Waszeci rzecz, choć nie tak cudną
Jak
ów omen, a przecież do pojęcia trudną.
Wiesz,
iż dawniej rad bym był Sopliców rodzinę
W
łyżce wody utopić; a tego chłopczynę,
Tadeusza,
od dziecka nieźmierniem polubił.
Uważałem,
że gdy się z chłopiętami czubił,
Zawsze
ich zbił; więc ilekroć do zamku biegał,
Jam
go zawsze do trudnych imprezów podżegał.
Wszystko
mu się udało; czy wydrzeć gołębie
Na
wieży, czy jemiołę oberwać na dębie,
Czyli
z najwyższej sosny złupić wronie gniazdo,
Wszystko
umiał; myśliłem: pod szczęśliwą gwiazdą
Urodził
się ten chłopiec; szkoda, że Soplica!
Któż
by zgadł, że w nim zamku powitam dziedzica,
Męża
panny Zofiji, mej Wielmożnej Pani!"
Tu
skończyli rozmowę, piją zadumani,
Słychać
tylko niekiedy te krótkie wyrazy:
"Tak,
tak, Panie Gerwazy". - "Tak, Panie Protazy".
Przyzba
tykała kuchni, której okna stały
Otworem
i dym jako z pożaru buchały,
Aż z
kłębów dymu, niby biała gołębica,
Mignęła
świecąca się kuchmistrza szlafmyca.
Wojski
przez okno kuchni, ponad starców głowy
Wytknąwszy
głowę, milczkiem słuchał ich rozmowy
I
podał im nareszcie filiżanki spodek
Pełen
biszkoktów, mówiąc: "Zakąście wasz miodek.
A ja
wam też opowiem historią ciekawą
Sporu,
który miał bitwą zakończyć się krwawą,
Gdy
polujący w głębi nalibockich lasów
Rejtan
wypłatał sztukę książęciu Denassów.
Tej
sztuki omal własnem nie przypłacił zdrowiem;
Jam
kłótnię panów zgodził, jak to wam opowiem".
Ale
Wojskiego powieść przerwali kucharze
Pytając,
komu serwis ustawiać rozkaże.
Wojski
odszedł, a starcy, zaczerpnąwszy miodu,
Zadumani
zwrócili oczy w głąb ogrodu,
Gdzie
ów dorodny ułan rozmawiał z panienką.
Właśnie
ułan ująwszy jej dłoń lewą ręką
(Prawą
miał na temlaku, widać, że był ranny),
Z takiemi odezwał się słowami do panny:
"Zofijo,
musisz to mnie koniecznie powiedzieć,
Nim zamienim pierścionki, muszę o tem
wiedzieć.
I
cóż, że przeszłej zimy byłaś już gotowa
Dać
słowo mnie? Ja wtenczas nie przyjąłem słowa:
Bo i
cóż mi po takiem wymuszonem
słowie?
Wtenczas
bawiłem bardzo krótko w Soplicowie;
Nie
byłem taki próżny, ażebym się łudził,
Żem jednem mem spójrzeniem
miłość w tobie wzbudził.
Ja
nie fanfaron; chciałem mą własną zasługą
Zyskać
twe względy, choćby przyszło czekać długo.
Teraz
jesteś łaskawa twe słowo powtórzyć;
Czymże
na tyle łaski umiałem zasłużyć?
Może
mnie bierzesz, Zosiu, nie tak z przywiązania,
Tylko że stryj i ciotka do tego cię skłania;
Ale
małżeństwo, Zosiu, jest rzecz wielkiej wagi;
Radź
się serca własnego, niczyjej powagi
Tu
nie słuchaj, ni stryja groźb, ni namów cioci;
Jeśli
nie czujesz dla mnie nic oprócz dobroci,
Możem te zaręczyny czas jakiś odwlekać;
Więzić
twej woli nie chcę, będziem, Zosiu, czekać.
Nic
nas nie nagli, zwłaszcza że wczora
wieczorem
Dano
mi rozkaz zostać w Litwie instruktorem
W
pułku tutejszym, nim się z mych ran nie wyleczę.
I
cóż, kochana Zosiu?"
Na to
Zosia rzecze,
Wznosząc
głowę i patrząc w oczy mu nieśmiało:
"Nie
pamiętam już dobrze, co się dawniej działo;
Wiem,
że wszyscy mówili, iż za mąż iść trzeba
Za
Pana; ja się zawsze zgadzam z wolą Nieba
I z
wolą starszych". Potem, spuściwszy oczęta,
Dodała:
"Przed odjazdem, jeśli Pan pamięta,
Kiedy
umarł ksiądz Robak, w ową burzę nocną,
Widziałam,
że Pan jadąc żałował nas mocno:
Pan
łzy miał w oczach; te łzy, powiem Panu szczerze,
Wpadły
mnie aż do serca; odtąd Panu wierzę,
Że
mnie lubisz; ilekroć mówiłam pacierze
Za
Pana powodzenie, zawsze przed oczami
Stał
Pan z temi dużemi, błyszczącemi łzami.
Potem
Podkomorzyna do Wilna jeździła,
Wzięła
mię tam na zimę, alem ja tęskniła
Do Soplicowa i do tego pokoiku,
Gdzie
mnie Pan naprzód w wieczór spotkał przy stoliku,
Potem
pożegnał; nie wiem, skąd pamiątka Pana,
Coś
niby jak rozsada w jesieni zasiana,
Przez
całą zimę w mojem sercu się krzewiła,
Że
jako mówię Panu - ustawniem tęskniła
Do
tego pokoiku i cóś mi szeptało,
Że
tam znów Pana znajdę, i tak się też stało.
Mając
to w głowie, często też miałam na ustach
Imię
Pana - było to w Wilnie za zapustach;
Panny
mówiły, że ja jestem zakochana:
Jużci,
jeżeli kocham, to już chyba Pana".
Tadeusz,
rad z takiego miłości dowodu,
Wziął
ją pod rękę, ścisnął i wyszli z ogrodu
Do pokoju
damskiego, do owej komnaty,
Kędy
Tadeusz mieszkał przed dziesięcią laty.
Teraz
bawił tam Rejent, cudnie wystrojony
I
usługiwał damie, swojej narzeczonéj,
Biegając
i podając sygnety, łańcuszki,
Słoiki
i flaszeczki, i proszki, i muszki;
Wesoł, na pannę młodą patrzył tryumfalnie.
Panna
młoda kończyła robić gotowalnię;
Siedziała
przed źwierciadłem, radząc się bóstw wdzięku;
Pokojowe
zaś - jedne z żelazkami w ręku
Odświeżają
nadstygłe warkoczów pierścionki,
Drugie
klęcząc pracują około falbonki.
Gdy
się tak Rejent bawi ze swą narzeczoną,
Kuchcik
stuknął doń w okno: kota postrzeżono!
Kot,
wykradłszy się z łozy, prześmignął po łące
I
wskoczył w sad pomiędzy jarzyny wschodzące;
Tam
siedzi, wystraszyć go łacno z rozsadniku
I uszczuć, postawiwszy charty na przesmyku.
Bieży
Asesor, ciągnąc za obróż
Sokoła,
Pośpiesza
za nim Rejent i Kusego woła.
Wojski
obu z chartami przy płocie ustawił,
A sam
się z placką muszą do sadu wyprawił.
Depcąc,
świszcząc i klaszcząc, bardzo źwierza trwoży:
Szczwacze,
trzymając każdy charta na obroży,
Ukazują
palcami, skąd zając wyruszy,
Cmokają
z cicha; charty nadstawiły uszy,
Wytknęły
pyski na wiatr i drżą niecierpliwie,
Jak
dwie strzały złożone na jednej cięciwie.
Wtem
Wojski krzyknął: "Wycz-ha!"
Zając
smyk zza płotu
Na
łąkę, charty za nim, i wnet bez obrotu
Sokół
i Kusy razem spadli na szaraka
Ze
dwóch stron w jednej chwili, jak dwa skrzydła ptaka.
I
zęby mu jak szpony zatopili w grzbiecie.
Kot
jęknął raz, jak nowo narodzone dziecię.
Żałośnie!
Biegą szczwacze: już leży bez ducha,
A charty
mu sierć białą targają spod brzucha.
Szczwacze
pogłaskali psy, a Wojski tymczasem
Dobył
nożyk strzelecki wiszący za pasem,
Oderznął
skoki i rzekł: "Dziś równą odprawę
Wezmą
pieski, bo równą pozyskali sławę;
Równa
ich była rączość, równa była praca;
Godzien
jest pałac Paca, godzien Pac pałaca,
Godni
są szczwacze chartów, godne szczwaczów charty;
Otoż skończony spór wasz długi i zażarty;
Ja,
któregoście sędzią zakładu obrali,
Wydaję
wreszcie wyrok: obaście wygrali.
Wracam
fanty, niech każdy przy swoim zostanie,
A wy
podpiszcie zgodę".
Na
starca wezwanie
Szczwacze
zwrócili na się rozjaśnione lice
I
długo rozdzielone złączyli prawice.
Wtem
rzekł Rejent:
"Stawiłem niegdyś konia z rzędem,
Opisałem
się także przed ziemskim urzędem,
Iż
pierścień mój sędziemu w salaryjum złożę;
Fant
postawiony w zakład wracać się nie może.
Pierścień
niechaj Pan Wojski na pamiątkę przymie
I
każe na nim wyryć albo swoje imię,
Lub,
gdy zechce, herbowne Hreczechów
ozdoby;
Krwawnik
jest gładki, złoto jedenastej proby.
Konia
teraz ułani pod jazdę zabrali,
Rzęd został przy mnie; każdy znawca ten rzęd chwali,
Iż
jest wygodny, trwały, a piękny jak cacko:
Kulbaczka
wąska, modą z turecka kozacką,
Kula
na przodzie, w kuli są drogie kamienie,
Poduszeczka
z rubrontu wyścieła siedzenie,
A kiedy
na łęk wskoczysz, na tym miękkim puszku
Między
kulami siedzisz wygodnie jak w łóżku;
A gdy
w galop puścisz się (tu rejent Bolesta,
Który,
jako wiadomo, bardzo lubił gesta,
Rozstawił
nogi, jakby na konia wskakiwał,
Potem
galop udając powoli się kiwał),
A gdy
w galop puścisz się, natenczas z czapraka
Blask
bije, jakby złoto kapało z rumaka,
Bo tabenki są gęsto złotem nakrapiane
I
szerokie strzemiona srebrne pozłacane;
Na
rzemieniach munsztuka i na uździenicy
Połyskają
guziki perłowej macicy,
U
napierśnika wisi księżyc w kształt Leliwy,
To
jest w kształt nowiu. Cały ten sprzęt osobliwy,
Zdobyty
(jak wieść niesie) w boju podhajeckim
Na
jakimś bardzo znacznym szlachcicu tureckim,
Przyjm, Asesorze, w dowód mojego szacunku".
A na
to rzekł Asesor, wesoł z podarunku:
"Ja
niegdyś darowane od księcia Sanguszki
Stawiłem w zakład moje prześliczne obróżki,
Jaszczurem
wykładane, z kolcami ze złota,
I
utkaną z jedwabiu smycz, której robota
Równie
droga jak kamień, co się na niej świeci.
Chciałem
sprzęt ten zostawić w dziedzictwie dla dzieci;
Dzieci
pewnie mieć będę, wiesz, że się dziś żenię;
Ale
ten sprzęt, Rejencie, proszę uniżenie,
Bądź
łaskaw przyjąć w zamian za twój rzęd bogaty
I na
pamiątkę sporu, co długiemi laty
Toczył
się i nareszcie zakończył zaszczytnie
Dla nas
obu. - Niech zgoda między nami kwitnie!"
Więc
wracali do domu oznajmić za stołem,
Że
się skończył spór między Kusym i Sokołem.
Była
wieść, że zająca tego Wojski w domu
Wyhodował
i w ogród puścił po kryjomu,
Ażeby
szczwaczów zgodzić zbyt łatwą zdobyczą.
Staruszek
tak swą sztukę zrobił tajemniczo,
Że
oszukał zupełnie całe Soplicowo.
Kuchcik
w lat kilka później szepnął o tem słowo,
Chcąc
Asesora skłócić z Rejentem na nowo;
Ale
próżno krzywdzące chartów wieści szerzył:
Wojski
zaprzeczył i nikt kuchcie nie uwierzył.
Już
goście, zgromadzeni w wielkiej zamku sali,
Czekając
uczty, wkoło stołu rozmawiali,
Gdy
pan Sędzia w mundurze wojewódzkim wchodzi
I
pana Tadeusza z Zofiją przywodzi.
Tadeusz,
lewą dłonią dotykając głowy,
Pozdrowił
swych dowódców przez ukłon wojskowy.
Zofija
z opuszczonem ku ziemi wejrzeniem,
Zapłoniwszy
się, gości witała dygnieniem
(Od
Telimeny pięknie dygać wyuczona).
Miała
wianek na głowie jako narzeczona,
Zresztą
ubior ten samy, w jakim dziś w kaplicy
Składała
snop wiosenny dla Boga Rodzicy.
Użęła
znów dla gości nowy snopek ziela;
Jedną
ręką zeń kwiaty i trawy rozdziela,
Drugą
swój sierp błyszczący poprawia na głowie.
Brali
ziółka, całując jej ręce, wodzowie.
Zosia
znowu dygała w kolej, zapłoniona.
Wtem
jenerał Kniaziewicz wziął ją za ramiona
I
złożywszy ojcowski całus na jej czole,
Podniosł w górę dziewczynę, postawił na stole,
A
wszyscy, klaszcząc w dłonie zawołali: "Brawo!" -
Zachwyceni
dziewczyny urodą, postawą,
A
szczególniej jej strojem litewskim prostaczym;
Bo
dla tych wodzów, którzy w swem życiu tułaczém
Tak
długo błąkali się w obcych stronach świata,
Dziwne
miała powaby narodowa szata,
Która
im wspominała i młode ich lata,
I
dawne ich miłostki; więc ze łzami prawie
Skupili
się do stołu, patrzyli ciekawie.
Ci
proszą, aby Zosia wzniosła nieco czoło
I
oczy pokazała; ci, ażeby wkoło
Raczyła się obrócić; dziewczyna wstydliwa
Obraca
się, lecz oczy rękami zakrywa.
Tadeusz
patrzył wesoł i zacierał ręce.
Czy
ktoś Zosi poradził wyjść w takiej sukience,
Czy
instynktem wiedziała (bo dziewczyna zgadnie
Zawsze
instynktem, co jej do twarzy przypadnie),
Dosyć,
że Zosia pierwszy raz w życiu dziś z rana
Była
od Telimeny za upor łajana,
Nie
chcąc modnego stroju, aż wymogła płaczem,
Że ją
tak zostawiono, w ubraniu prostaczem.
Spodniczkę miała długą, białą; suknię krótką
Z
zielonego kamlotu, z różową obwódką;
Gorset
także zielony, różowemi wstęgi
Od
łona aż do szyi sznurowany w pręgi;
Pod
nim pierś jako pączek pod listkiem się tuli.
Od
ramion świecą białe rękawy koszuli,
Jako
skrzydła motyle do lotu wydęte,
U
dłoni skarbowane i wstążką opięte;
Szyja
także koszulką obciśniona wąską,
Kołnierzyk
zadzierzgniony różową zawiązką;
Zauszniczki
wyrznięte sztucznie z pestek wiszni,
Których
się wyrobieniem Sak Dobrzyński pyszni
(Były
tam dwa serduszka z grotem i płomykiem,
Dane
dla Zosi, gdy Sak był jej zalotnikiem);
Na
kołnierzyku wiszą dwa sznurki bursztynu,
Na
skroniach zielonego wianek rozmarynu.
Wstążki
warkoczów Zosia rzuciła na barki,
A na
czoło włożyła zwyczajem żniwiarki
Sierp
krzywy, świeżem żęciem traw oszlifowany,
Jasny
jak nów miesięczny nad czołem Dyjany.
Wszyscy
chwalą, klaskają. Jeden z oficerów
Dobył
z kieszeni portefeuille z plikami papierów,
Rozłożył
je, ołówek przyciął, w ustach zmoczył,
Patrzy
w Zosię, rysuje. Ledwie Sędzia zoczył
Papiery
i ołówki, poznał rysownika,
Choć
go bardzo odmienił mundur pułkownika,
Bogate
szlify, mina prawdziwie ułańska
I
wąsik poczerniony, i bródka hiszpańska.
Sędzia
poznał: "Jak się masz, mój Jaśnie Wielmożny
Hrabio?
I w ładownicy masz twój sprzęt podróżny
Do malarstwa!"
- W istocie był to Hrabia młody,
Niedawny
żołnierz, lecz że wielkie miał dochody
I
swoim kosztem cały pułk jazdy wystawił,
I w
pierwszej zaraz bitwie wybornie się sprawił,
Cesarz
go półkownikiem dziś właśnie mianował:
Więc
Sędzia witał Hrabię i rangi winszował,
Ale
Hrabia nie słuchał, a pilnie rysował.
Tymczasem
weszła druga para narzeczona:
Asesor, niegdyś cara, dziś Napoleona
Wierny
sługa; żandarmów oddział miał w komendzie,
A
choć ledwie dwadzieścia godzin był w urzędzie,
Już
włożył mundur siny z polskiemi wyłogi
I
ciągnął krzywą szablę, i dzwonił w ostrogi.
Obok
poważnym krokiem szła jego kochanka,
Ubrana
bardzo strojnie, Tekla Hreczeszanka;
Bo Asesor już dawno Telimenę rzucił
I aby
tę kokietkę tym mocniej zasmucił,
Ku Wojszczance afekty serdeczne
obrócił.
Panna
nie nadto młoda, już pono półwieczna,
Lecz
gospodyni dobra, osoba stateczna
I
posażna, bo oprócz swej dziedzicznej wioski
Sumką
z daru Sędziego powiększała wnioski.
Trzeciej
pary daremnie czekają czas długi.
Sędzia
niecierpliwi się i wysyła sługi;
Wracają:
powiadają, że trzeci małżonek,
Pan
Rejent, szczując kota, zgubił swój pierścionek
Ślubny,
szuka na łące; a Rejenta dama
Jeszcze
u gotowalni, choć śpieszy się sama
I
choć jej pomagają służebne kobiety,
Nie
mogła w żaden sposób skończyć toalety;
Ledwie
będzie gotowa na godzinę czwartą.